Blog wycieczkowy Jasona

 


Odyseja Rowerowa - Pińczów - dzień 1

2011-10-01

Odyseja Rowerowa - Pińczów - dzień 1

Po raz kolejny wziąłem udział w zawodach rowerowych na orientacje organizowanych przez wydawnictwo kartograficzne Compass we współpracy ze Stowarzyszeniem Bikeholicy - tym razem terenem Odysei Rowerowej był Pińczów i Ponidzie. Do tej pory w tego typu imprezach startowałem z Wojtkiem, który był mózgiem i głównym nawigatorem naszej drużyny, ale w tym roku Wojtek wymyślił sobie wakacje w Indiach, więc w trybie awaryjnym do drużyny - zdroweceny.pl powołanie dostał Krzysiek:) Krzysiek do tej pory jeździł bardzo mało, dopiero w ostatnich 2 tygodniach wyciągnąłem go na parę treningów, ale i tak wydawało się, że do Pińczowa jedziemy tylko się przejechać i że o żadnym wyniku nie ma mowy.

W biurze zawodów w Pińczowie pojawiliśmy się o godzinie 8 rano, odebraliśmy numery i pojechaliśmy się zakwaterować w oddalonym o około kilometr internacie. Start wyznaczony był na godzinę 10:00, piętnaście minut wcześniej dostaliśmy mapę z zaznaczonymi punktami i zdecydowaliśmy, że trasę pokonujemy od punktu 2 przez punkty 1, 6, 5, 4, 3 i na metę.

O godzinie dziesiątej ruszyli wszyscy zawodnicy - 27 ekip w kategorii rekreacyjnej - czyli naszej i co najmniej ze 100 zawodników w kategorii klasycznej. W pobliże punktu 2 dotarliśmy w większej grupie, ostatnie 500 metrów było do pokonania przecinką przez las, ale ta droga okazała się jedną wielką piaskownicą i pokonanie odcinka do punktu i z powrotem do drogi kosztowało nas trochę sił i sporo czasu. Po zaliczeniu punktu 2 ruszyliśmy na punkt pierwszy, początkowo przez wieś po asfalcie, ale już za chwilę wyszliśmy na otwarty teren prowadzący w kierunku lasu na tym odcinku poczuliśmy po raz tego dnia mocny czołowy wiatr. Krzysiek miał pewne problemy i kilka drużyn nam trochę uciekło. Po jakimś kilometrze jazdy pod wiatr wpadliśmy w las na drogę szutrową, droga była dobrze utwardzona, ale duże kamienie utrudniały jazdę. Punkt pierwszy znajdował się na prawo od tej drogi - jakieś 300 metrów musieliśmy pokonać leśną przecinką na szczęście tym razem bez piachu. Po chwili pędziliśmy już na punkt 6. Droga do niego prowadziła asfaltami przez miejscowość Michałów i dalej przez Zagajów, ten odcinek to parę ładnych kilometrów pokonanych częściowo pod wiatr. W Zagajowie skręciliśmy w lewo i rozpoczęliśmy podjazd, Krzysiek się trochę męczył, ale dość sprawnie go pokonał. Tuż przed szczytem trzeba było odbić w prawo w leśną ścieżkę, która miała nas zaprowadzić do punktu, droga ta była kręta i miejscami bardzo trudna. W drodze na ten punkt i na samym punkcie spotkaliśmy co najmniej kilka zespołów w tym zespół złożony z ojca i jego 11 letniego syna z którymi od tego miejsca rywalizowaliśmy aż do samego końca Odysei.

Po zaliczeniu punktu 6 wróciliśmy na asfalt, pokonaliśmy ostatnie metry podjazdu i zjechaliśmy do wioski Góry. W tym miejscu postanowiłem uskutecznić pewien skrót (bo to mi przypadła nawigacja na trasie) i pojechaliśmy i inaczej jak cała reszta. Skrót średnio się udał i gdy wpadliśmy na asfalt do Kołkowa to wydawało nam się, że wszyscy z którymi jeszcze niedawno jechaliśmy nas wyprzedzili, kląłem jak cholera ale nie pozostało nic innego jak jechać na punkt nr 5. Do tego punktu jechaliśmy drogą asfaltową przez wieś, potem musieliśmy pokonać krótki ale stromy podjazd, też asfaltem, aż a końcu grzbietem wniesienia po drodze szutrowej ruszyliśmy w kierunku lasu, gdzie znajdował się punkt. Punkt 5 znajdował się na jednej z leśnych przecinek, których w tym miejscu było dość sporo, więc istniała obawa, że możemy się pomylić, ale trafiliśmy na właściwą drogę od razu i po kilku minutach byliśmy na punkcie. Z tego punktu chciałem jechać w kierunku znajdującego się w pobliżu asfaltu, ale Krzysiek zgłosił veto i koniecznie chciał jechać krótszą ale dość niepewną drogą na wprost. Do wersji Krzyśka przekonał mnie fakt, że droga na wprost mimo iż niepewnej jakości prowadziła cały czas w dół (w końcu nauczyłem się czytać poziomice - bo tej pory mieliśmy w tym kłopot na Odysejach) a moja droga do asfaltu wiodła bardzo mocno pod górę. Ruszyliśmy więc na wprost, okazało się że droga nie jest tragiczna i faktycznie prawie na całym dystansie prowadzi w dół, większość więc przejechaliśmy wariackim tempem nie kręcąc pedałami i zaledwie po kilku minutach byliśmy w miejscowości Młodzawy Małe, skąd do punktu 4 było już stosunkowo blisko. Co prawda trzeba było pokręcić początkowo mocno pod górę, ale po chwili zjeżdżaliśmy już w kierunku punktu 4.

Wydawało mi się, że dalej powinno być już bardzo łatwo, do ostatniego punktu oznaczonego numerem 3 prowadziły już tylko asfalty a na dodatek na mapie nie widać było większych wzniesień po drodze. Do miejscowości Chroberz wszystko się zgadzało, ale w tej wiosce skręciliśmy w lewo o 90 stopni i nagle zderzyliśmy się ze ścianą wiatru. Wiatr co prawda wiał z boku, ale na otwartym terenie było dość ciężko. Krzysiek był już dość mocno zmęczony i w walce z wiatrem wyraźnie przegrywał, a tu nagle za nami pojawiła się jakaś drużyna zaciekle nas ścigająca. Po jakiś 3 km walki z wiatrem dotarliśmy do miejscowości Gacki, gdzie przy sztucznym zbiorniku wodnym znajdował się ostatni punkt, pod sam punkt trzeba było jeszcze podjechać i w rezultacie tego gdy znaleźliśmy się na punkcie tuż za nami pojawił się ojciec z 11 latkiem. Na punkcie zrobiliśmy chwilę przerwy bo Krzysiek zdradzał już wyraźne objawy zmęczenia materiału i z punktu ruszyliśmy razem z ekipą małolata, ale na asfaltowym odcinku Gacki - Bogucice trochę im odjechaliśmy. W Bogucicach znowu skręciliśmy w lewo o 90 stopni i tym razem wpadliśmy już na centralnie czołowy wiatr. Ruszyłem mocno do przodu a Krzysiek jechał mi na kole, po jakiś 2 kilometrach straciliśmy małolata z oczu, ale do Pińczowa mieliśmy jeszcze co najmniej 3 kilometry pod wiatr. Na jakieś 2 kilometry przed Pińczowem opadłem z sił i musiałem mocno zwolnić ostatni odcinek do miasta pokonaliśmy jednak dość sprawnie, przez miasto zrobiliśmy skrót i o 12:58 wpadliśmy na metę - czas 2:58:00.

Na mecie niespodzianka - 9 miejsce, 2 minuty po nas wpada MIX który pokonał nas w Gródku, 3:25 po nas tata z małolatem. Jak się później okazało ze stratą mniejszą niż 16 minut do nas przyjechało w sumie 7 ekip. Po pierwszym dniu wynik rewelacja, myślałem że będziemy walczyć o to by nie być ostatnim, tym czasem jesteśmy w 10. Do lidera tracimy 42 minuty, tuż przed nami jest ekipa z 7 minutami przewagi, później dwie z 11. Do piątego miejsca tracimy już dużo bo 24 minuty. Przed nami jest też tylko 1 MIX i jest to drużyna Bikeholików prowadząca po pierwszym dniu. Za nami ciasno, dobrze nam znany MIX Enduro 69 traci tylko 2 minuty, ekipa małolata 3:25, kolejne ekipy 7:20, 8:50, 14:40, 15:30 i 15:55 dopiero ekipa będąca na miejscu 17 traci już dość sporo bo 32:30, ze stratą 38:15 na metę przyjeżdża drużyna, która jeszcze na 6 punkcie (3 w kolejności zaliczania) była przed nami. Krzysiek pierwszego dnia dał z siebie chyba nawet więcej niż wszystko, ja myślę że mogłem pojechać kilka minut szybciej, ale na pewno nie byłoby to wiele szybciej, średnia prędkość jazdy na trasie to 20,5 km - rewelacja. Wynik w generalce jest świetny ale jego utrzymanie zapowiada się na bardzo trudne.

Po wyścigu obiadek, później kąpiel i zwiedzanie miasta gdzie spotykamy MIX Enduro 69 który jest 2 minuty za nami, trochę sobie pogadaliśmy, dowiedzieliśmy się, że oni z obawy przed kłopotami z dotarciem do punktu 5 pojechali trasę w odwrotnej kolejności co pewnie sprawiło, że skończyli za nami:) Wieczorem jeszcze poszliśmy sobie do biura zawodów, poczytaliśmy wyniki (Mosoczny pokonał trasę klasyczną w 5:05) i zjedliśmy kiełbaski z grilla - to niestety była jedyna rzecz, którą na tej Odysei otrzymaliśmy od organizatora.

Zobacz więcej >>>


Trasa rowerowa 1284561 - powered by Bikemap 

Galeria zdjęć


Statystyki aktywności
  • Dystans: 54.88 km
  • Czas: 2:40:22
  • Vavg: 20.53 km/h
  • Vmax: 51.22 km/h
  • Przewyższenia: 375 m
  • Temperatura: 20 ºC
  • Sprzęt: GT Avalanche 3.0